Kung Fu – więcej niż walka

Kung Fu – więcej niż walka

Dlaczego trenuję sztukę walki, a nie sport walki? Ponieważ od zawsze w Kung Fu pociągały mnie poza aspektem bojowym i treningowym również takie kwestie jak samodoskonalenie się, filozofia, etyka, historia oraz budowanie charakteru nie tylko w oparciu o trening walki.

Kung Fu to nazwa bardzo ogólna i może odnosić się do każdej dziedziny życia, w której człowiek poprzez swoją ciężką i sumienną pracę rozwija siebie dążąc do doskonałości w tym co robi, pomimo, że tej doskonałości nigdy nie osiągnie. Zawsze jest coś co możemy poprawić, zrobić lepiej, dokładniej. Radość i zadowolenie płyną z samego procesu zmiany, ważne aby w nim trwać. Podróż jest tu celem samym w sobie.

WuShu dosłownie oznacza „sztuka wojny” i generalnie tym terminem powinno się określać wszystkie style wschodnich sztuk walki. Bardziej spopularyzowane jest jednak określenie Kung Fu i może to lepiej… bo Kung Fu to więcej niż walka. Dla mnie to także pasja, miłość, zaangażowanie, szacunek, wrażliwość, emocje, pokora, łagodność, moralność. Wojownik to ktoś kto zmaga się z trudnościami zarówno na sali treningowej, w ringu, na lei tai, ale przede wszystkim w życiu.

Choy Lee Fut jest moim drugim stylem, który – jak może już wiesz z poprzedniego wpisu – z biegiem czasu stał się pierwszym. To ważna część mojej tożsamości, coś, z czego nie jestem w stanie zrezygnować. Rozwijam się tu tak, jak mogę najlepiej i cieszę się, że mam możliwość przekazywania swojej wiedzy podopiecznym na treningach. Sama wciąż się uczę i wiem, że tu nie ma końca. Dlatego też dwutygodniowa podróż jaką ostatnio odbyłam do Chin, a konkretnie do Kantonu, gdzie znajduje się pierwsza szkoła Choy Lee Fut, miejsce narodzin stylu, była dla mnie wyjątkowym przeżyciem. Wioska Kin Mui jest stara, pełna wąskich uliczek i rozpadających się starych chińskich domów. Klimat jaki tu panuje jest nie do opisania.

Sama szkoła, w której ponad 200 lat temu pod okiem założyciela, Mistrza Chen Heunga trenowali jego uczniowie jest miejscem wyjątkowym i czuć to od razu po przekroczeniu jej progu. Historia powstania Choy Lee Fut jest bardzo ciekawa, a styl, chociaż młody w porównaniu z wieloma innymi, ma swoje mocne korzenie w Klasztorze Shaolin. Dziś strażnikiem wiedzy przekazywanej z pokolenia na pokolenie, w prostej linii z ojca na syna jest Mistrz Dr Chen Yong Fa, pra pra wnuk Chan Heunga. To właśnie z nim po raz drugi miałam okazję się spotkać podczas ostatniego seminarium w Chinach.

Mój wyjazd do Kantonu okazał się intensywny pod względem emocji, wydarzeń oraz treningów. Było też mnóstwo zabawnych sytuacji, które pozwoliły mi lepiej poznać innych trenujących CLF na całym świecie. Ekipy z różnych krajów zjechały do Kantonu, aby razem pokazać czym jest Chen Family. Cieszę się bardzo, że stanowię część tej ogromnej rodziny oraz jestem wdzięczna mojemu Sifu Tomaszowi Chabowskiemu, że mam możliwość kształcić się i rozwijać w Kung Fu pod jego okiem.

 ()Trening tradycyjnego Kung Fu bardzo ogólnie rzecz ujmując składa się z technik ręcznych i nożnych wykonywanych bez rękawic, utwardzania, dźwigni oraz ćwiczeniu długich i złożonych z dużej ilości poszczególnych technik tzw. form. Te ostatnie trenuje się samemu, z partnerem (formy podwójne) lub z bronią (szabla, kij, miecz, halabarda, noże itp.). Wszystko to rozwija i wzmacnia ciało. Dla osoby, która nigdy nie wykonywała formy w sposób dynamiczny i mocny trudnym do zrozumienia jest jak skomplikowana i niełatwa to rzecz. Wygląda na „machanie łapami”, a w rzeczywistości to konkretny trening kondycyjny. Polecam kiedyś spróbować. 😉 
Praca w rękawicach na zasadach podobnych do reguł kickboxingu to sportowa odmiana Kung Fu, znana pod nazwą Sanda. Poza stójką mamy tu jeszcze obalenia, rzuty i podcięcia. Wyjątkowo widowiskowa i ciekawa formuła walki.

Zdjęcia poniżej zrobione były w sali gimnastycznej chińskiego gimnazjum, gdzie trenowaliśmy podczas wyjazdu. Uczyliśmy się wtedy dwóch form z bronią – bicz (Cheng Yun Pei Bin) oraz ławka (Juo Yeo Che Lan Ba Gwa Dung).  Bicz to ciężka sprawa, bo trzeba nauczyć się go kontrolować tak, aby generować dokładny ruch oraz odpowiednią energię w odpowiednim czasie, trochę jak w treningu wolnej walki Sanda. Nie było lekko i kilka razów sama sobie wymierzyłam. Pierwszego dnia seminarium z różnych stron sali często słyszałam „strzał – Ał!”, ale podobno jak se nie strzelisz to się nie nauczysz.

A co do przygód jakie spotkały mnie po wylądowaniu w Chinach, to najbardziej dokuczliwą było to, że linie lotnicze zgubiły mój bagaż na 3 dni, podczas których nie miałam dostępu do ubrań, bielizny, pidżamy, kosmetyków. O ile na początku, żyjąc nadzieją, że zaraz dostanę swoją walizkę z powrotem, ubieranie się w 7/11 (chińskim odpowiedniku naszej Żabki) nie sprawiało mi problemu, to po 2 dniach stało się lekko frustrujące. Poziom gorąca i wilgoci w Kantonie jest wysoki, a zatem wychodząc na świeżaka spod prysznica po raz piąty w ciągu dnia miło by było założyć na siebie czyste ciuchy 🤨

 

Równie interesujące było szukanie restauracji, gdzie poza tytułami dań są też ich obrazki. Zdecydowana większość Chińczyków nie mówiła po angielsku, a jeśli już, to ograniczała się do słowa „Hello”. Pamiętaj, że azjatyckie menu jest – parafrazując Foresta Gumpa – jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz na co trafisz, bo trafić możesz na galaretkę z krwi lub fragment szczęki z zębami w zupie, serio.

Problem z wymianą pieniędzy z dolarów amerykańskich na yuany też musieliśmy rozwiązywać wspólnie, ekipą kilkunastu osób. Aby wymienić walutę konieczne było założenie w banku konta, co trwało straszliwie długo. Sifu podjął to ponad 2 godzinne wyzwanie i na swoje konto wymienił kasę dla całej polskiej ekipy. Sytuacja ściągnęła na nas szpiega z krainy deszczowców, który nawiązał ze mną uprzejmą konwersację i zaczął zadawać pytania w stylu „Czy jesteś z Ameryki? Co myślisz o polityce Trumpa? Lubisz amerykański football?” itp. Kulturalnie spławiłam Pana Incognito, który podobno czekał na kierownika banku, ale ostatecznie po naszej rozmowie wyszedł z banku.

Urzekające dla mnie w Chinach jest to, że ludzie uprawiają sport rekreacyjnie, ćwicząc w parkach, na placach, przed budynkami, na boiskach, dosłownie wszędzie. Spotykają się i trenują. W naszym zachodnim świecie widok zwykłej osoby lub grupy osób machającej w powietrzu rękami, robiącej przysiady, tańczącej, praktykującej Kung Fu w miejscu innym niż wyznaczone do tego strefy wzbudza w większości przechodniów i obserwatorów zdziwienie lub śmieszność. Tu w Azji jest to zupełnie naturalne i wręcz wskazane, aby ruszać się dla zachowania zdrowia i sprawności. Nie musisz być zawodnikiem ani aspirować do tytułu „najlepszego”, możesz trenować dla siebie, nie dla innych, nie dla nagród czy miejsca na podium… dla siebie i na miarę swoich możliwości. Znajdź swoje Kung Fu i nie odpuszczaj!

Close Menu